Jest 19:40. Jedną ręką dopinasz body, drugą szukasz w torbie ochronników słuchu, a w głowie leci myśl: „Serio? Jeszcze dwa lata temu o tej porze stałem pod sceną, a teraz walczę z rzepami”. I właśnie w tym miejscu rodzi się rockowe rodzicielstwo – nie w idealnym kadrze z festiwalu, tylko w realu: między drzemką a bisem, między pieluchą a riffem, między wolnością a odpowiedzialnością.
Da się zostać rockowym rodzicem bez udowadniania czegokolwiek komukolwiek. Da się nie rezygnować z pasji, a jednocześnie nie robić z dziecka rekwizytu do „lifestyle’u”. Kluczem jest minimum heroizmu, maksimum sensu: rozsądne decyzje o koncertach, praktyczna ochrona słuchu dziecka, logistyka z planem B i domowe granie, które buduje muzyczną więź bez presji na „małego wirtuoza”.
Zanim przejdziemy do konkretów, warto nazwać pytania, które naprawdę kręcą się w głowie rodzica z rockową duszą: czy to w ogóle jest bezpieczne, kiedy ma sens, jak ogarnąć tłum, hałas i przewijanie, jak nie pokłócić się w domu o wyjścia oraz co, jeśli dziecko nie znosi głośnych dźwięków albo w ogóle nie „poczuje” rocka. Odpowiedzi są mniej romantyczne niż mit o dziecku na barana pod sceną – i właśnie dlatego działają.
Rockowe rodzicielstwo bez heroizmu: co się zmienia, a co zostaje
Zderzenie dwóch rytmów: setlista kontra drzemki
Największa zmiana po pojawieniu się dziecka nie polega na tym, że „już nie wolno”, tylko że wszystko ma swój koszt energetyczny. Kiedyś koncert kończył się nocnym kebabem i „jutro jakoś się ogarnie”. Teraz „jutro” zaczyna się wcześnie i nie uznaje argumentu „był bis”. Dlatego rockowy rodzic przestawia myślenie: nie pyta „czy dam radę?”, tylko „czy to ma sens w tym tygodniu, w tym stanie dziecka i w moim stanie”.
To nie jest porażka ani zdrada sceny. To jest umiejętność wybierania. Czasem wygrywa koncert, czasem wygrywa sen, a czasem wygrywa święty spokój, bo dziecko akurat wchodzi w etap „nie odkładaj mnie nigdy”. Rockowy klimat zostaje – tylko kalendarz zaczyna przypominać bardziej trasę koncertową z przerwami na regenerację niż spontaniczny wypad w miasto.
Tożsamość rockowa to nie dowód w postaci dziecka pod sceną
Rockowy styl życia kojarzy się z wolnością, autentycznością, niechęcią do udawania. Paradoksalnie, kiedy pojawia się dziecko, łatwo wpaść w udawanie „że nic się nie zmieniło” albo w drugi skraj: „teraz już nie wypada”. Prawda leży pośrodku. Rock to może być codzienność domu: muzyka puszczana z głową, estetyka, dystans do ocen, ciekawość świata, konsekwencja w wartościach. To nie musi być checklista: skórzana kurtka, naszywki, festiwal i fotka na Instagramie.
Jeśli jedynym dowodem „rockowości” ma być to, że maluch był na koncercie, to szybko pojawi się napięcie. A napięcie w rodzicielstwie ma złą cechę: wraca jak refren i nie daje się łatwo wyciszyć.
Trzy pułapki myślenia: „już nigdy”, „bez zmian” i poczucie winy
Najczęstsze błędy to dwa skrajne scenariusze. Pierwszy: „już nigdy nie pójdziemy na koncert”. Drugi: „nic się nie zmieni, po prostu zabierzemy dziecko”. Oba prowadzą do frustracji. W praktyce działa podejście trzecie: zmienia się forma, nie sens. Może przez rok wypadnie kilka klubowych nocy, ale pojawią się krótsze wydarzenia, koncerty plenerowe, wczesne sety, a w domu – wspólne słuchanie i pierwsze riffy w pokoju dziecięcym.
Jest jeszcze cichy przeciwnik: poczucie winy. Część rodziców czuje winę, kiedy wychodzi na koncert („zostawiam”), a część – kiedy zostaje w domu („rezygnuję z siebie”). Dojrzałe rockowe rodzicielstwo polega na tym, by nie budować tożsamości na winie. Dziecko potrzebuje opiekuna, który jest stabilny, a nie opiekuna, który jest wiecznie „w długach emocjonalnych”.
Ramy rozsądku: bezpieczeństwo i komfort dziecka przed ambicjami rodzica
To prosta zasada, ale ratuje wiele decyzji: najpierw komfort i bezpieczeństwo dziecka, potem plan na wydarzenie. Nie odwrotnie. Jeśli koncert oznacza ryzyko przeciągnięcia, hałas bez możliwości wycofania się, tłok bez kontroli i brak miejsca na przerwę – to nie jest „rockowa odwaga”, tylko proszenie się o kryzys.
I tu jedna obserwacja, którą doceniają rodzice po nieprzespanej nocy: najcięższe riffy czasem gra się nie na stadionie, tylko o 3:17 nad ranem przy przewijaku, kiedy próbujesz jednocześnie znaleźć smoczek i nie obudzić całego domu.
Decyzja: czy w ogóle brać dziecko na koncert (i kiedy lepiej odpuścić)
Mini-checklista decyzyjna „czy to wydarzenie ma sens z dzieckiem?”
Zamiast szukać magicznego wieku „od kiedy wolno”, lepiej zadać kilka pytań. Jeśli większość odpowiedzi jest „tak”, decyzja staje się dużo spokojniejsza. Jeśli „nie” – to sygnał, że może lepiej wybrać inną formę kontaktu z muzyką.

- Pora i długość: czy najważniejsza część wydarzenia odbywa się o sensownej godzinie i da się wyjść przed największym zmęczeniem?
- Miejsce: plener, sala koncertowa, klub – czy jest przestrzeń, by oddalić się od źródła dźwięku i bodźców?
- Wejście/wyjście: czy można szybko wyjść bez przeciskania się przez tłum, a w razie potrzeby wrócić?
- Strefa odpoczynku: czy jest gdzie usiąść, nakarmić, przewinąć, zrobić przerwę w ciszy?
- Tłum: czy spodziewasz się ścisku, kolejek i „wąskich gardeł” (przejścia, bramki), czy raczej luźniejszej przestrzeni?
- Stan dziecka: czy to tydzień w miarę stabilny (sen, zdrowie), czy okres infekcji, ząbkowania, regresu snu lub „dziwnych dni”?
- Twoje zasoby: czy ty masz energię i cierpliwość na hałas, logistykę i ewentualny szybki odwrót?
Plener kontra klub: różnica większa niż „pod dachem”
Plener bywa łatwiejszy, bo daje przestrzeń i naturalną wentylację. Jeśli dźwięk jest za mocny, można odejść dalej, znaleźć boczną strefę, usiąść na kocu. Z drugiej strony plener to pogoda, pył, czasem brak sensownego przewijaka i dłuższe dojścia. Rodzic z dzieckiem powinien myśleć o plenerze jak o wyprawie z opcją szybkiego zwinięcia.
Klub to zwykle mniej chodzenia i bardziej przewidywalna infrastruktura, ale jest głośniej, ciaśniej i intensywniej. Dochodzi problem wentylacji, tłumu przy barze i ograniczonej przestrzeni do wycofania się. Jeśli już klub, to najczęściej lepiej sprawdzają się wydarzenia wcześniej, z miejscami siedzącymi, z wyraźnymi strefami bocznymi i możliwością szybkiego opuszczenia sali.
Temperament dziecka: „ciekawy świata” czy „łatwo przebodźcowany”
Niektóre dzieci są jak małe reportery: obserwują, chłoną, łatwo adaptują się do nowych bodźców, zasypiają w wózku mimo zamieszania. Inne reagują napięciem na nowe dźwięki, światła, tłum, obce zapachy. I to nie jest kwestia „przyzwyczajenia” w tydzień, tylko wrażliwości układu nerwowego.
Dlatego wiek na papierze jest mniej ważny niż to, jak dziecko znosi zmiany. Jeśli po zwykłej wizycie w markecie macie wieczorem płacz i problemy z zasypianiem, koncert może być skokiem o kilka poziomów trudności. Jeżeli za to dziecko dobrze znosi wyjścia, potrafi wyciszyć się na rękach i toleruje nowe miejsca – szansa na sensowne, krótkie wydarzenie rośnie.
Sygnały „dziś odpuść” i dlaczego to nie jest dramat
Najbardziej niedoceniana umiejętność rockowego rodzica to rezygnacja w ostatniej chwili bez robienia z tego tragedii. Sygnały ostrzegawcze są zwykle proste: dziecko zaczyna infekcję, ma gorączkę, jest w trakcie ząbkowania i nic nie działa, od rana płacze bez wyraźnego powodu, albo właśnie wypadł wam z rytmu sen.
Do tego dochodzi twoja kondycja. Jeśli czujesz, że sam jesteś na granicy wytrzymałości, to tłum, hałas i logistyka z dzieckiem mogą być paliwem do kłótni i przeciążenia. Koncert nie ucieknie na zawsze. Drzemka i spokój uciekną natychmiast.
Bezpieczeństwo i komfort: hałas, tłum, dym i zmęczenie (praktycznie, bez medycznych wykładów)

Słuch dziecka — zasady „ciszej, krócej, dalej, z przerwami”
Najważniejsza zasada brzmi: jeśli dla ciebie jest głośno, to dla dziecka jest jeszcze głośniej. Zamiast wchodzić w spory o liczby, lepiej trzymać się praktycznego zestawu reguł: wybieraj mniejszą głośność (czyli większy dystans), krótszy czas ekspozycji, regularne przerwy w spokojniejszym miejscu i obserwację reakcji dziecka.
Dystans działa zaskakująco skutecznie. To, co przy samej scenie jest ścianą dźwięku, kilkadziesiąt metrów dalej potrafi być po prostu muzyką w tle. Rockowy rodzic nie musi „być pod barierką”, żeby poczuć koncert – czasem najlepsze miejsce to bok, tył albo okolice strefy, gdzie da się usiąść i odpocząć.
Ważna jest też ciągłość bodźca. Dla dorosłego 60–90 minut intensywnego dźwięku to „w sumie spoko”. Dla małego dziecka to może być wieczność. Dlatego przerwy w ciszy (albo w miejscu wyraźnie spokojniejszym) to nie fanaberia, tylko element ochrony.
Ochronniki słuchu: jak dobrać i jak zrobić „próbę generalną”
Jeśli planujesz koncert z dzieckiem, ochronniki słuchu to nie gadżet, tylko podstawowe narzędzie. Największy problem w praktyce nie brzmi „czy kupić”, tylko czy dziecko je zaakceptuje i czy będą dobrze leżały. Zbyt luźne – niewiele dają. Zbyt ciasne – dziecko będzie je zrywać i cała logistyka zamieni się w walkę.
Dlatego sensowny krok przed wydarzeniem to próba w domu: załóż ochronniki na kilka minut podczas spokojnej aktywności, potem zdejmij, potem znowu. Nie wprowadzaj ich pierwszy raz w tłumie i hałasie, bo dziecko może skojarzyć je z dyskomfortem. Jeżeli maluch nie toleruje ochronników, to często sygnał, że koncert w ogóle może być zbyt trudny na danym etapie.
Niektóre dzieci akceptują ochronniki łatwiej, gdy mają „cel”: np. „teraz idziemy posłuchać muzyki, a to są nasze nauszniki jak u pilota”. Uważaj jednak, żeby nie robić z tego presji. Jeśli dziecko walczy i płacze, to nie jest moment na „hartowanie”. To jest moment na wycofanie się do spokojniejszego miejsca albo zmianę planu.
Przebodźcowanie i stres — jak rozpoznać na czas
Przebodźcowanie nie zawsze wygląda jak płacz od razu. Czasem dziecko najpierw „zastyga”, robi się nienaturalnie ciche, przestaje reagować, ma szeroko otwarte oczy. Czasem przeciwnie – jest pobudzone, wierci się, nie chce być noszone ani w wózku, próbuje zrywać ochronniki lub uciekać z rąk. W starszym wieku może pojawić się złość, krzyk, „nie” na wszystko.
Najlepszy moment na reakcję jest przed kryzysem. Jeśli widzisz, że dziecko zaczyna się nakręcać albo wycofywać, zrób przerwę: odejdź od tłumu, znajdź spokojniejsze miejsce, daj wodę, przekąskę, przytul, pozwól popatrzeć z dystansu. Nie chodzi o to, by „wytrzymać set”, tylko by utrzymać bezpieczeństwo i komfort.
Warto też pamiętać o efekcie „po czasie”. Dziecko może wyglądać na zadowolone podczas wydarzenia, a wieczorem albo w nocy pojawią się trudności z zasypianiem i większa drażliwość następnego dnia. To nie znaczy, że koncert był „zły”. To znaczy, że bodźców było dużo i organizm potrzebuje dłuższego resetu.
Tłum, przemieszczanie i „wąskie gardła”: jak nie wpakować się w kłopot
Najbardziej ryzykowne miejsca na wydarzeniach to nie zawsze środek koncertu, tylko przejścia: wejścia, bramki, okolice barów, toalety, wyjścia po bisach. Jeśli jesteś z dzieckiem, omijaj te punkty w najgorszych momentach. Przyjdź wcześniej albo przeczekaj falę ludzi, zamiast iść pod prąd.
Wybieraj miejsce, gdzie masz kontrolę: bok, tył, okolice wyjścia, sektor z przestrzenią. Jeśli to plener, unikaj stania na trasie „przelotowej”, gdzie ludzie co chwilę przechodzą. Jeśli to hala, sprawdź, czy w pobliżu są schody, barierki, miejsca siedzące. Celem nie jest idealny dźwięk jak z płyty, tylko sytuacja, w której w każdej chwili możesz spokojnie wyjść.
Dobry patent to zostawić sobie „ścieżkę ucieczki”: stań tak, żeby nie mieć za plecami ściany ludzi, a z boku mieć dojście do korytarza, bramki albo spokojniejszej strefy. W praktyce oznacza to mniej „idealnego brzmienia”, ale dużo więcej spokoju. Jeśli dziecko jedzie w wózku, ustaw go lekko bokiem do tłumu i nie wpychaj między nogi innych – pierwsza fala entuzjazmu publiki potrafi zamienić się w przypadkowy slalom.
Uważaj na nagłe zrywy: bis, „ten jeden numer, na który wszyscy czekali”, wejście supportu. Nawet na grzecznych koncertach ludzie potrafią wstać jak na komendę i zrobić krok do przodu. Z dzieckiem lepiej przyjąć zasadę: jeśli czujesz, że robi się gęsto, to ty już jesteś za blisko. Odejście o kilka metrów często rozwiązuje temat bez dramatu i bez przepychanek.
Dym (z papierosów, e-papierosów, czasem z wytwornic) i powietrze „klubowe” to osobny level. Jeśli widzisz, że w twojej strefie zaczyna się kopcić albo pachnie jak garderoba sprzed dekady, przenieś się. W plenerze zwykle wystarczy zmiana miejsca pod wiatr; w klubie ratuje korytarz, antresola albo okolice wejścia. A jeśli jedyną opcją jest „zacisnąć zęby”, to znak, że ten wieczór może być bardziej rockowy bez dziecka.
Zmęczenie działa podstępnie, bo przy głośnej muzyce łatwo przegapić moment, kiedy dziecko jest już na rezerwie. Wtedy nie negocjuje się już niczego: ani ochronników, ani wózka, ani „jeszcze jednego kawałka”. Najprostszy plan awaryjny to krótka lista wyjściowa: gdzie jest najbliższe wyjście, gdzie można usiąść, kto niesie dziecko, kto zbiera rzeczy. Brzmi jak wojskowa odprawa, ale oszczędza nerwy, gdy nagle okaże się, że „już teraz, natychmiast”.
Rockowe rodzicielstwo nie polega na tym, żeby udowadniać światu, że da się wszystko. Chodzi o małe decyzje, które robią dużą różnicę: bliżej wyjścia niż sceny, krócej niż dłużej, przerwa zamiast uporu. Jeśli chcesz zacząć spokojnie, wybierz plener albo wcześniejsze wydarzenie, zrób próbę ochronników w domu i zostaw sobie prawo do odwrotu — to najpewniejszy sposób, żeby muzyka została w rodzinie na długo, a nie tylko na jeden „bohaterski” wieczór.
Logistyka koncertu z dzieckiem krok po kroku (przed, w trakcie, po)
Przed wyjściem: plan, który nie rozsypie się po pierwszym „siku”
Największa różnica między „dawniej” a „teraz” jest taka, że nie da się już jechać na spontanie do końca. Da się zostawić miejsce na luz, ale potrzebujesz prostego szkieletu: jak dojeżdżacie, gdzie wchodzicie, gdzie jest spokojna strefa i jak szybko da się wyjść. To wystarczy, żeby nie biegać w kółko, gdy na miejscu okaże się, że bramka jest gdzie indziej niż w twojej głowie.
Sprawdź organizatora pod kątem rzeczy „nudnych, a zbawiennych”: czy wpuszczają wózki, czy można wnieść własną wodę, czy jest przewijak, o której kończy się główna część. Jeśli to klub, upewnij się, czy jest szatnia i czy da się w niej ogarnąć kurtki bez gimnastyki z dzieckiem na rękach.
Sen i jedzenie to twoje dwa największe „wzmacniacze” albo „sabotażyści”. Jeśli dziecko ma drzemkę o konkretnej porze, spróbuj zgrać dojazd tak, by zasnęło w aucie lub w wózku przed samym wejściem. Kiedy jest już przewiane, nakarmione i „w miarę czyste”, twoje szanse na spokojną godzinę muzyki rosną szybciej niż tempo perkusji w refrenie.
Na miejscu: rozstawienie obozu i pierwsze 10 minut, które ustawiają resztę
Pierwsze minuty po wejściu to dobry moment na decyzje, które później oszczędzają nerwy. Znajdź toaletę, wyjście i spokojniejszy kąt, zanim zaczniesz szukać „idealnego miejsca do słuchania”. Dziecko nie potrzebuje idealnego panoramowania gitar; potrzebuje opiekuna, który wie, gdzie uciec, gdy robi się za dużo.
Jeśli masz ochronniki, załóż je dziecku zanim zrobi się naprawdę głośno. Dla malucha łatwiej zaakceptować „nową rzecz” w momencie, gdy jeszcze jest względnie spokojnie. I tak, często trzeba poprawiać je pięćdziesiąt razy. To normalne.
Przy wózku przydaje się zasada: nie ustawiaj się w przejściu. Nawet jeśli przez chwilę jest pusto, za moment wszyscy będą „tylko na sekundę” przechodzić dokładnie tamtędy. Lepiej bokiem, przy barierce, pod ścianą, w miejscu, gdzie nikt nie będzie robił slalomu między twoimi kołami.
Przewijanie, karmienie i „obsługa techniczna” bez wstydu
Koncert z dzieckiem to moment, w którym łapiesz dystans do własnej dumy. Jeśli trzeba przewinąć — przewijasz. Jeśli trzeba nakarmić — karmisz. Najlepiej zrobić to zanim zrobi się kryzys, bo w kryzysie wszystko trwa dłużej i kosztuje podwójnie.
W plenerze szukaj miejsc osłoniętych od wiatru i tłumu. W klubie czasem ratuje korytarz obok toalet (tak, romantycznie), ale przynajmniej masz chwilę ciszej i mniej świateł. Dobrze mieć w kieszeni mini-plan: kto idzie z dzieckiem, kto zostaje z rzeczami, gdzie się spotykacie, jeśli zasięg akurat postanowi zniknąć.
Strategia „wychodzimy przed tłumem”: mało rockowe, bardzo skuteczne
Najprostszy trik logistyczny brzmi: nie wychodź razem ze wszystkimi. Jeśli czujesz, że dziecko jest już na granicy, a końcówka setu i tak będzie najgłośniejsza, wyjście 10 minut wcześniej często jest najlepszą inwestycją w spokojny powrót. Bis bywa świetny, ale kolejka do wyjścia z tysiącem osób w jednym korytarzu już niekoniecznie.
Drugi wariant to przeczekanie: wyjdź do spokojniejszej strefy jeszcze w trakcie finału i pozwól, żeby fala ludzi przeszła. Dziecko w tym czasie może dostać wodę, przytulenie i trochę mniej bodźców. Ty dostajesz bonus w postaci braku przepychanek.
Po powrocie: „reset” zamiast dokładania wrażeń
W domu nie dokładaj kolejnych atrakcji. Jeśli dziecko było w tłumie, światłach i dźwięku, jego układ nerwowy może potrzebować prostoty: kąpiel, przyciemnione światło, ten sam rytuał co zawsze. Nawet jeśli wracacie na euforii, maluch może mieć swoją prywatną afterparty o trzeciej w nocy — i to nie jest ten rodzaj koncertu, za który kupuje się bilety.
Jeśli następnego dnia widzisz większą drażliwość, skróć bodźce: mniej galerii, mniej gości, spokojniejszy spacer. To nie „kara” za wyjście, tylko mądre domknięcie intensywnego wieczoru.
„Pakiet koncertowy rodzica” — krótka lista rzeczy, które realnie robią robotę
Da się spakować pół domu, ale zwykle wygrywa zestaw mały i sensowny. Taki, który ratuje w trzech najczęstszych sytuacjach: hałas, głód, nagły zwrot akcji w pieluszce.
- Ochronniki słuchu + coś do ich przypięcia/transportu (żeby nie zniknęły w torbie jak kostka do gitary).
- Woda i prosta przekąska (taka, która nie kończy na ubraniu po pierwszym gryzie).
- Pielucha/pieluchomajtki na zapas, chusteczki, woreczek na „awarie”.
- Warstwa dodatkowa: bluza/czapka w plener, cienka warstwa w hali — dziecko marznie i przegrzewa się szybciej, niż zdążysz to przemyśleć.
- Coś znajomego do uspokojenia: mały kocyk, przytulanka, ulubiony smoczek.
- Nosidło/chusta jako plan B, nawet jeśli startujesz z wózkiem (schody i piach nie negocjują).
Jeżeli jedziesz z drugim opiekunem, podzielcie rzeczy: jedna osoba ma „pakiet dziecko”, druga „pakiet dorosły” (bilety, dokumenty, powerbank, klucze). To banalne, ale zmniejsza liczbę sytuacji typu: „mam dziecko, mam wózek, a bilet jest… gdzie?”.
Domowe „pierwsze riffy”: jak budować zajawkę bez presji i bez szkody dla uszu
Głośność w domu: nie musisz grać ciszej niż sąsiedzi, ale rozsądniej niż na próbie
Rock w domu najlepiej działa jak przyprawa, nie jak walenie solą prosto z opakowania. Jeśli słuchacie głośniej, róbcie to krócej i z przerwami. W małym pokoju dźwięk męczy szybciej, bo nie ma gdzie „uciec”. Czasem dużo daje przesunięcie głośnika tak, żeby nie grał prosto w stronę dziecka, tylko odbijał się od ściany albo był dalej.
Jeśli grasz na instrumencie, domowy kompromis jest prosty: krótkie sesje, najlepiej wtedy, gdy dziecko jest wypoczęte. Kiedy maluch jest zmęczony, nawet najpiękniejszy riff brzmi dla niego jak alarm. I nie, to nie jest recenzja twojej techniki.
Rytuały zamiast „lekcji”: muzyka jako wspólna czynność
Najłatwiej zaszczepić muzykę przez powtarzalne, krótkie rytuały. Na przykład jeden numer do tańca po śniadaniu albo „spokojniejszy rock” przy wieczornym sprzątaniu zabawek. Dziecko lubi przewidywalność; dorosły lubi, że to trwa trzy minuty, a nie pół dnia.
Dobre są też zabawy rytmiczne bez sprzętu: klaskanie do refrenu, tupanie, „stop-klatka”, kiedy muzyka cichnie. To buduje czucie rytmu i kojarzy muzykę z kontaktem, nie z oceną.
Pierwsze instrumenty: mniej zakupów, więcej sensu
Na start lepiej działają rzeczy proste: mały bębenek, marakasy, drewniane pałeczki do wystukiwania rytmu na poduszce (tak, poduszce — stół zwykle nie dziękuje). Jeśli myślisz o „małej gitarce”, sprawdź, czy dziecko w ogóle lubi trzymać coś w dłoniach i czy nie frustruje się po 30 sekundach. Frustracja jest normalna, tylko nie musi od razu kończyć się zakupem kolejnego instrumentu „bo może ten siądzie”.
Jeśli w domu jest gitara elektryczna, czasem wystarczy, że dziecko może dotknąć strun (pod kontrolą) i usłyszeć pojedynczy dźwięk. Z takiej ciekawości często rodzi się więcej niż z ambitnych planów na „zajęcia z muzyki od trzeciego roku życia”.
